|
|
Czwartek, 28.08.2008
|
Edukacja ekonomiczna w mediach - dyskusja panelowa - 18 maja 2006
Data: 18 maja 2006
Miejsce: Ale Gloria, Warszawa
Tytuł: Edukacja ekonomiczna w mediach
Czy ekonomii można nauczyć przez Internet, gazety, radio i telewizję? A może w ogóle nie trzeba jej uczyć? Może lepiej zostawić ją ekspertom - podobnie jak inżynierię, medycynę lub chemię? Jak się okazuje, nie ma specjalnego popytu na programy ekonomiczne w telewizji. Z badań wynika, że nawet te, które znalazły już stałe miejsce w “ramówce” cieszą się co najwyżej umiarkowanym zainteresowaniem.
O edukacji ekonomicznej w mediach, dyskutowali 18 maja w Warszawie szefowie największych mediów biznesowych, menadżerowie, środowiska akademickie, eksperci stowarzyszeń biznesowych. Debatę zorganizowało Forum Rozwoju Edukacji Ekonomicznej (FREE) i Media Marketing Complex Instytut (MMCI). MMCI debatą zainaugurowało swoją działalność. Partnerem spotkania był Narodowy Bank Polski.
KOWALSKI NIE LUBI EKONOMII
Jedyną audycją ekonomiczną w Jedynce jest „Plus-minus”, emitowany o 23.30. W Dwójce mamy „Biznes Panoramę” o 22.20, a w TVP3 „Kurier Gospodarczy”. W ciągu dnia nadawane są programy edukacyjne: „Wyjście na zakupy” i „AAAabsolutnie każdą pracę" - przypomina Andrzej Godlewski z TVP1.
"Żaden z tych programów nie ma dużej oglądalności. I nie jest to spowodowane godzinami emisji. Kiedy "Plus-minus+ nadawany był wcześniej, wcale nie oglądało go więcej osób” - dodaje.
PO PIERWSZE - DOMOWY BUDŻET
Przeciętnego Polaka ciekawi głównie to, co dotyczy jego domowego budżetu. Audycje zajmujące się analizą stanu gospodarki i sytuacją na światowych rynkach finansowych interesują tylko wąską grupę osób - wykształconych w tym kierunku specjalistów i przedsiębiorców, którzy na tego rodzaju informacjach opierają swój byt.
“Statystyczny Kowalski sygnalizuje, jakiego rodzaju informacji potrzebuje - chce porady, analizy, rekomendacji, czyli wiedzy przetworzonej. Ma ona pomóc mu w podejmowaniu codziennych decyzji. W tym właśnie kierunku powinny ewoluować, i ewoluują, media” – uważa Jarosław Sroka z „Gazety Prawnej”.
SPECJALIZACJA DLA PROFITÓW
Michał Kobosko, redaktor naczelny miesięcznika “Forbes” widzi też inny kierunek, w którym mogą się rozwijać media gospodarcze. Jest nim specjalizacja.
„Mówiąc o prasie ekonomicznej należy pamiętać o ekonomii prasy. Nie ma wystarczającej grupy odbiorców dla tekstów ekonomicznych, które miałyby dotrzeć do mas. Tytuły masowe są w kiepskiej sytuacji, ponieważ reklamodawcy wolą pisma profilowane, skierowane do konkretnej, najczęściej wąskiej grupy czytelników” zaznacza dziennikarz. Względami ekonomicznym uzasadnia zniknięcie z rynku popularnego magazynu “Profit”. Jak zapewnia Kobosko, “Forbes” przynosi ów niezbędny dla przetrwania profit, choć ma mniejsze grono czytelników. Zdaniem naczelnego Forbesa, edukacja ekonomiczna powinna być wprowadzona już od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Michał Kobosko podziwia Romana Młodkowskiego, który zdecydował się na eksperyment i w prime time umieścił treści typowo biznesowe. - Czy okaże się to sukcesem, trudno przewidzieć - pyta Kobosko.
CZEGO SIĘ JAŚ NIE NAUCZY...
Jak widać, redakcje chętnie mówiłyby o ekonomii, gdyby społeczeństwo chciało poszerzać swoją wiedzę w tym zakresie. Ale społeczeństwo takiej woli nie ma.
A skoro takiej woli nie ma - nie ma też ekonomii w mediach. Zastój na rynku mediów ekonomiści tłumaczą fatalną sytuacją pod względem edukacji ekonomicznej, zwłaszcza na poziomie szkoły podstawowej, gimnazjum i szkół ponadgimnazjalnych. Jak bowiem można mówić o “poszerzaniu wiedzy”, jeśli przedsiębiorczość i nauki z nią związane pozostają daleko w tyle za edukacją w innych dziedzinach wiedzy? „W podstawówkach nie ma ekonomii, a przedsiębiorczości często uczą nauczyciele muzyki” ubolewa Marek Rocki, profesor ekonomii w Szkole Głównej Handlowej. „Nic dziwnego, że politycy, którzy wypowiadają się o liberalizmie, nie mają pojęcia, o czym mówią” - dodaje. Jego zdaniem, braki we wczesnej edukacji powodują, że większość ludzi interesuje się tylko popularnymi serialami. “Być może należałoby nakręcić serial M jak Money, żeby Polacy zainteresowali się ekonomią” - żartuje. Rocki podkreśla, że media nie nauczą społeczeństwa makroekonomii. To kwestia głębokiej wiedzy i zadanie specjalistów. Rzecz jednak w tym, by społeczeństwo pozwoliło specjalistom spokojnie działać w dziedzinie, w której są ekspertami. Komentatorka spraw gospodarczych “Rzeczpospolitej”, Halina Bińczak, jest podobnego zdania. “Edukacja ekonomiczna obejmuje dwie sfery. Pierwsza - to finanse prywatne. Wiedzę z tego zakresu łatwo przekazać, ponieważ na takie informacje jest popyt. Problem stanowi druga sfera, czyli podstawy funkcjonowania gospodarki" - mówi. "Za wiedzę z zakresu makroekonomii ludzie nie chcą płacić. Właśnie ten rodzaj edukacji należy zacząć wcześnie, już w szkole” - dodaje.
PRACA ROZPISANA NA LATA
“Wprowadzenie treści makroekonomicznych do programów szkolnych jest bardzo trudne. Wielu nauczycieli nie ma dostatecznej wiedzy, żeby mówić o tak trudnych zagadnieniach. Nie mają też narzędzi i wsparcia” ocenia Danuta Raczko z Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości. Jej zdaniem, żeby zachęcić do ekonomii należy pracować nie tylko z młodzieżą. Nauczyciele powinni przekonać rodziców do edukacji ekonomicznej i sprawić, by ci nie wmawiali swoim dzieciom, że jest zbędna, ponieważ liczy się tylko wykształcenie kierunkowe. Jak podkreśla Raczko, pewne media nie mogą zapominać o celach, jakie zostały zapisane w ich statucie, nawet jeśli kierują się motywami finansowymi. “Wśród mediów najlepiej swą funkcję edukacyjną spełnia NBPortal. Organizowane tam konkursy, które doskonale kreują popyt na wiedzę ekonomiczną. Gdyby TVP wsparła podobny konkurs, zainteresowanie byłoby jeszcze większe” - uważa Raczko. Sławomir Lipiński z serwisu internetowego NBPortal przyznaje, że zespołowi redakcyjnemu zależy na niesieniu “kaganka oświaty”. “Zależy nam na tym, ponieważ wiedza +pop+ robi swoje; uczymy przez zabawę, aby wychować młodych ludzi do samodzielnego funkcjonowania w społeczeństwie obywatelskim. Brak wiedzy o funkcjonowaniu gospodarki utrudnia budowę takiego społeczeństwa. Ma to swoje przełożenie na wyniki wyborów” konstatuje Lipiński.
KRECIA ROBOTA POLITYKÓW
W jednej kwestii ekonomiści i dziennikarze pozostają zgodni - zbyt często o sprawach gospodarczych mówią w mediach politycy, za rzadko natomiast eksperci. Bywa, że również dziennikarzom brakuje wiedzy lub umiejętności, aby zagadnienia ekonomiczne przedstawić w sposób zgodny z dorobkiem tej nauki, a zarazem zrozumiały dla odbiorcy. Halina Bińczak krytykuje na przykład sposób przedstawiania spraw gospodarczych przez prasę masową, zwłaszcza tytuły regionalne. Jej zdaniem, gazety te - które mogłyby przecież stać się narzędziem edukacji ekonomicznej - wywołują u ludzi przekonanie, że w gospodarce nie ma żadnego związku między tym co się daje, a tym co się bierze.
Z tą opinią zgadza się Cezary Szymanek z Radia PiN. Podkreśla, że większość Polaków czerpie wiedzę na tematy gospodarcze nie od dziennikarzy lub ekspertów, ale od polityków i to politykom ludzie wierzą. Komentując ów fakt, Jeremi Mordasewicz, ekspert gospodarczy Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych “Lewiatan” nie przebiera w słowach. “To, co robią politycy jest mieszaniem ludziom w głowach. Podobnie postępują niektóre media. Nie tylko popularne dzienniki przeszkadzają w zrozumieniu wątków przyczynowo-skutkowych. Dziennikarze telewizyjni, którzy pozwalają mówić politykom nie troszcząc się o komentarze ekspertów, wprowadzają podobną dezorientacje” - krytykuje. Dodaje, że elity wykształcą się same, ponieważ czują taką potrzebę. Kształcić należy masy i to właśnie tu media mają tu zadanie nie do przecenienia. “Każda wypowiedź polityczna na tematy gospodarcze winna być, wzorem stacji amerykańskich, konfrontowana z opinią specjalisty w danej dziedzinie. Inaczej dyskusje będą się toczyły wokół nazwisk i haseł, a nie wokół problemów” proponuje przedstawiciel “Lewiatana”.
Elżbieta Adamowicz, profesor SGH potwierdza, że politycy stanowią problem. Są wszędzie i emanują pewnością siebie. A przecież każdy, niezależnie od poziomu wiedzy, woli słyszeć “ja ci to dam” aniżeli “nic za darmo” - podsumowuje. Specjalista ds. zarządzania jakością prof. Andrzej Blikle prosił dziennikarzy i publicystów by nie dążyli za sensacją zwłaszcza w pokazywaniu problemów przedsiębiorców i osób przez nich zatrudnianych. Efektem nieodpowiedzialności dziennikarzy może być bankructwo.
Prowadzący debatę Paweł Kozyra z FREE i MMCI podsumowując powiedział: „Media mogą służyć szybkiemu i ustabilizowanemu rozwojowi gospodarczemu oraz wzrostowi zamożności społeczeństwa polskiego, jednak edukacja ekonomiczna musi następować od najmłodszych lat, o czym dobrze świadczy stan gospodarki i poziom zamożności społeczeństwa m.in. Stanów Zjednoczonych.
W debacie o edukacji ekonomicznej udział wzięli: Danuta Raczko wiceprezes Fundacja Młodzieżowej Przedsiębiorczości, Jarosław Sroka redaktor naczelny Gazety Prawnej, Cezary Szymanek szef informacji Radia PIN, prof. Marek Rocki z Kolegium Analiz Ekonomicznych Szkoły Głównej Handlowej, Andrzej Godlewski - szef publicystyki TVP1, Halina Bińczak komentator ekonomiczny „Rzeczpospolitej”, Michał Kobosko - redaktor naczelny Forbes. Narodowy Bank Polski - partnera konferencji reprezentował Sławomir Lipiński - NBPortal.
Spotkanie, które odbyło się we wnętrzach sali myśliwskiej restauracji ALEGLORIA i zintegrowało środowiska biznesu, mediów zainteresowane edukacją obywatelską i ekonomiczną społeczeństwa polskiego.
OPINIE
Sławomir Lipiński NBP Portal Podzielam pogląd, że o ile media będą chętnie edukować w zakresie finansów osobistych (w co inwestować, gdzie wziąć kredyt) czy podstaw biznesu (jak założyć i prowadzić firmę), bo na to jest popyt ze strony czytelników/widzów, to edukacja ekonomiczna w zakresie podstaw ekonomii jest i będzie w mediach słabo obecna. Co więcej “ sporo tam będzie antyedukacji, czyli przekazywania fałszywych poglądów, utrwalających szkodliwe mity. Media z natury cytują bowiem nawet najbardziej absurdalne słowa polityków, często dla epatowania sensacją same utrwalają tego rodzaju poglądy. Dlatego w tym właśnie zakresie wielką role odgrywać powinny organizacje z misją, które uznają, że edukacja zgodna z tzw. szerokim nurtem ekonomii, ucząca racjonalnego myślenia, ułatwiająca ocenę deklaracji polityków, ma wielkie znaczenie dla kierunku rozwoju kraju. Od tego na ile poglądy niezgodne z nauką ekonomii reprezentowane są w parlamencie i innych organach władzy zależy tempo rozwoju, stabilność pieniądza, bezpieczeństwo oszczędności obywateli. Organizacje mające misję szerzenia wiedzy ekonomicznej nie mają takiej siły rażenia jak media, muszą więc znaleźć formy współpracy z nimi. Takich form szuka NBPortal, współpracujący m.in. z Gazetą Wyborczą (akcja „Z klasy do kasy”, obejmująca dziesiątki tysięcy uczniów), z tygodnikiem Wprost (lekcje Ekonomia-wprost, gdzie nagrodą są m.in. darmowe studia na prywatnej uczelni) czy z telewizją TVN. Mający charakter show test z wiedzy ekonomicznej w tej telewizji zgromadził w lutym br. wielomilionową widownię. Właśnie nauka poprzez rozrywkę/zabawę wydaje się najefektywniejszą formą współpracy z mediami w szerzeniu wiedzy ekonomicznej.
Prof. Maria Drozdowicz SGH, Bureau for Investments and Economic Cycles
Dyskusja uświadomiła mi, że nikt nie ma wątpliwości co do tego że poziom wiedzy ekonomicznej zarówno w społeczeństwie jak i w dużej części jego liderów jest bardzo niski, a w związku z tym należy z tą edukacją docierać jak najszerzej, angażując w to media, doskonalić atrakcyjność form tej edukacji i rozpoczynać ją jak najwcześniej. Wydaje się również, że z wiedzą ekonomiczną na poziomie finansów przeciętnego Kowalskiego nie jest najgorzej. Szybko nauczyliśmy się korzystać z usług banków, kart kredytowych, a nawet najnowocześniejszych form inwestowania. Znacznie gorzej jest z przełożeniem tej wiedzy na poziom gospodarki. Jednym słowem: “Kowalski” w decyzjach osobistych zachowuje się jak “homo economicus” a źródeł wiedzy sam chętnie poszukuje. Gdy przyjdzie mu jednak myśleć w skali gospodarki chętnie zapomina o regułach ekonomicznych, a gdy zostaje politykiem często zaczyna w kwestiach gospodarki dryfować w kierunku “homo sovieticus”. Rodzi się więc pytanie kogo i w jakim zakresie edukować przede wszystkim. Politycy przychodzą i odchodzą. Politykę na ogół traktują jako drogę do kariery, zaś w miarę jak zdobywają kolejne szczeble władzy, nabierają pewności co do własnych, nie koniecznie słusznych i popartych wiedzą przekonań. W mediach ograniczają się jedynie do słuchania, oglądania i czytania siebie lub swych adwersarzy politycznych. Jednym słowem jest to obiekt edukacji niezwykle niewdzięczny. Znacznie większe nadzieje wiązałabym z edukacją społeczeństwa, a w szczególności ludzi młodych i bardzo młodych, a więc obecnych i przyszłych wyborców. A może by tak w miejsce zadań z matematyki o dwóch basenach z wpływającą i wypływającą wodą “ liczenie o ile inflacja uszczupli dochody rodziców i trudniej odłożyć na rower, zaś zamiast zadania o pociągach pędzących z różną prędkością “ policzyć opłacalność obrotu używanymi podręcznikami. Nawet do elektoratu w “moherowych beretach” można dotrzeć jeśli użyje się argumentów związanych z pozycją ekonomiczną, czy karierą zawodową jego wnucząt, zaś forma przekazu będzie atrakcyjna. Mądry wyborca nie będzie głosował na głupszego od siebie polityka. I to jak sądzę jest najefektywniejsza droga selekcji polityków i jednoczesnego wzrostu poziomu wiedzy ekonomicznej społeczeństwa.
Prof. Marek Rocki SGH
Swój glos w dyskusji o edukacji ekonomicznej w mediach chciałbym rozpocząć od trzech cytatów. Pierwszy z nich pochodzi z programu wyborczego jednej z partii odgrywających istotna role w polskiej polityce gospodarczej: "Odejście od liberalnych zasad ekonomicznych jest warunkiem koniecznym wolnej przedsiębiorczości” (źródłem, z którego zaczerpnąłem to zdanie jest program opublikowany w Internecie na oficjalnych stronach tej partii). Drugi cytat pochodzi z wypowiedzi radiowej (grudzień 2005) lidera tejże partii: "Trzeba się w końcu zdecydować, czy rząd ma by uczciwy, czy liberalny". Trzeci cytat to także radiowa wypowiedz - dla odmiany - lidera partii opozycyjnej (18 maja 2006): “wspieramy projekty można by powiedzieć liberalne, ale tak naprawdę dobrze służące przedsiębiorcom i gospodarce".
Te cytaty są dowodem na to, ze zasadniczym przedmiotem dyskusji powinien być sposób, w jaki media mogą pomóc w edukacji ekonomicznej społeczeństwa, a w szczególności polityków. Jeśli bowiem politycy zajmujący czołowe pozycje w swych partiach, politycy występujący w mediach i kreujący - w znaczący sposób - poglądy swych wyborców, nie rozumieją znaczenia słów, jakimi się posługują, to edukacja ekonomiczna jest konieczna także wśród polityków. Uważam, ze konieczne jest wprowadzenie edukacji ekonomicznej na możliwie niskim szczeblu kształcenia. Jeśli nie da się tego zrobić w szkołach podstawowych, to na pewno musi być ona istotnym elementem programów nauczania w gimnazjach.
Jako były rektor uczelni ekonomicznej i przedstawiciel środowiska prowadzących kształcenie w szeroko rozumianej dziedzinie ekonomii bije się piersi. Nie zrobiliśmy tego do tej pory - nie istnieją watki ekonomiczne w programach nauczania poniżej liceum, a istniejący w liceach przedmiot "Podstawy przedsiębiorczości" (który wbrew tytułowi jest także wstępem do mikro i makro ekonomii) nie wystarcza: pojawia się w programach nauczania za późno - bo dopiero w końcówce edukacji na poziomie średnim, a do tego jest lekceważony - bo nie istnieje na liście przedmiotów maturalnych. Jest dramatem dla przyszłych pokoleń, ze można zdawać maturę z wiedzy o tańcu, a nie można jej zdawać z podstaw ekonomii. Niestety dobra wola nauczycieli ekonomi, pomysły i przykłady programów, które można pozyskać zza granicy, nie wystarcza. Olimpiada przedsiębiorczości powołana do życia w zeszłym roku - przez pięć państwowych uczelni ekonomicznych, to jest SGH i Akademie Ekonomiczne z Poznania,
Katowic, Krakowa i Wrocławia - szczyci się czternastoma tysiącami uczestników, ale nie uzyskała formalnego wpisu do ministerialnego rejestru. Olimpiada wiedzy ekonomicznej prowadzona pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego traci na popularności, bo nie istnieje odpowiadający jej bezpośrednio przedmiot nauczania. Konieczna jest wola polityczna i determinacja wprowadzenia ekonomii - jako przedmiotu nauczania - do programów szkól podstawowych i gimnazjów. Konieczna jest także wolność nauczania. Niestety, nie sprzyjają jej przepisy. Zgodnie z ustawa "Prawo o szkolnictwie wyższym" to nie uczelnie, lecz minister określa nazwy kierunków studiów. Co interesujące ma się przy tym kierować potrzebami rynku pracy. Bez wolności, bez swobody kreowania nowych programów i kierunków nie będą powstawały nowatorskie metody i treści wykładów, a przez to wejdziemy w ślepy zaułek braku rozwoju nauki. I tu także potrzebne są media, które mogą wskazywać na dobre praktyki i doświadczenia w krajach, których gospodarka rozwija się pomyślniej niż nasza a naukowcy otrzymują nagrody Nobla.
|
|
|