Login:   
 
Hasło:   
 
zarejestruj się
loguj
Sobota, 22.11.2008
2007-09-04

Michał Chyczewski: emigrację zarobkową można zahamować na poziomie jednego pokolenia

"Głównym powodem emigracji zarobkowej z Polski jest wysoka różnica w poziomie wynagrodzeń między naszym rynkiem pracy a rynkami pracy krajów zachodnich Unii Europejskiej. W tej sytuacji jedynym skutecznym pomysłem na wyhamowanie drenażu polskich pracowników jest trwałe i szybkie zmniejszenie dystansu jaki dzieli Polskę od krajów zachodnich Unii Europejskiej w poziomie dochodu na osobę. Obecnie proces konwergencji realnej, czyli proces wyrównywania się poziomu dochodów, zajmie około 35-40 lat. Jeżeli udałoby się trwale przyspieszyć wzrost gospodarczy o trzy punkty procentowe, z przeciętnego w ciągu ostatnich dziesięciu lat tempa około 4.5% do 7.5% rocznie, moglibyśmy nadrobić tę różnice w czasie o połowę krótszym. To oznacza, iż dzieci osób, które teraz decydują się na wyjazd (z reguły są to osoby młode, na początku swojej drogi zawodowej), w momencie wkraczania w dorosłe życie, nie miałyby już ekonomicznego powodu szukać zatrudnienia poza Polską. Proces emigracji zarobkowej zahamowalibyśmy na poziomie jednego pokolenia – tego, które teraz wyjeżdża, a w rzeczywistości szybciej, gdyż wraz ze wzrostem poziomu dochodów, a więc również poziomu życia w Polsce, coraz więcej osób prawdopodobnie decydowałoby się na powrót i coraz mniej na wyjazd. Recepta na wyhamowanie negatywnego z punktu widzenia polskiej gospodarki drenażu polskiego rynku pracy wydaje się więc prosta. Jednak tylko pozornie. Osiągnięcie takich wyników w dłuższym okresie wymagałoby istotnego odblokowania potencjału polskiej gospodarki, czego warunkiem koniecznym jest przeprowadzenie reform, polegających przede wszystkim na istotnym zmniejszeniu udziału wydatków publicznych w PKB, czyli w praktyce wycofaniu państwa z wielu obszarów, z których dzisiaj wypiera ono efektywniejszy sektor prywatny. Biorąc pod uwagę doświadczenia krajów, które odniosły największe sukcesy gospodarcze, prawdziwa reforma finansów publicznych powinna doprowadzić do redukcji udziału wydatków w PKB przynajmniej o 10-15 punktów procentowych, czyli z obecnych około 45% do 30%-35%, co pozwoliłoby na zmniejszenie opodatkowania oraz redukcję deficytu budżetowego i długu publicznego, nawet w kategoriach nominalnych. Ważna jest również zmiana struktury wydatków publicznych poprzez zwiększenie udziału wydatków prorozwojowych. Przykładów krajów, które ograniczyły wydatki w takiej skali jest wiele – Irlandia, Nowa Zelandia, Kanada, a nawet Holandia, Belgia, czy Szwecja (acz trzeba zaznaczyć, iż startowały one z różnych poziomów). Istotny spadek udziału wydatków publicznych w PKB nie wymaga nawet ich nominalnego cięcia, chociaż w przypadku niektórych krajów właśnie na tym reformy polegały, a jedynie ograniczenia ich wzrostu np. dzięki odpowiedniej regule fiskalnej - wówczas osiągnięcie wspominanego celu mogłoby potrwać mniej niż 10 lat, co nie wydaje się zbyt długim okresem. Jak na razie udział wydatków publicznych w PKB systematycznie rośnie, a polskiej gospodarce nie tylko zagraża utrata potencjału w postaci odpływu siły roboczej, ale również grozi wyhamowanie napływu kapitału. Wraz ze wzrostem zarobków, związanym po części z kurczącą się wskutek emigracji podażą pracy, Polska będzie traciła konkurencyjność jako miejsce lokowania inwestycji zagranicznych. Przynajmniej częściowo efekt ten można by zrównoważyć poprzez obniżki podatków. Zakładając, iż Estonia w ogóle zrezygnowała z podatku CIT, na Litwie i Łotwie wynosi on 15%, a na przykład w Irlandii 12.5% - cały czas mamy duże pole do popisu z naszym podatkiem na poziomie 19%. Porównanie to wypada dużo gorzej w przypadku opodatkowania pracy. Obniżki podatków trzeba jednak z czegoś sfinansować i w tym momencie koło zamyka się."

Felieton Michała Chyczewskiego, który ukazał się w "Rzeczpospolitej", 20.08.2007

Realizacja: ideo   powered by Edito CMS